Rekolekcje, na dodatek zamknięte, i jakby tego było mało, bez komórki i laptopa za to w milczeniu. Nic dziwnego, że pierwsza reakcja: To nie dla mnie, mam tyle problemów na głowie, że raczej potrzebna mi jest rozmowa z kimś mądrym, niż cokolwiek innego. Jeśli już tak jest, tak właśnie o sobie myślisz, to znak że już te rekolekcje sobie prowadzisz. Sobie, gdyż wszyscy, którzy będą się kręcić koło ciebie w czasie ich trwania w takim czy innym domu, mają ci towarzyszyć, a nie, jak się to tradycyjnie mówi, te rekolekcje „ci „dawać”. To mają być twoje rekolekcje, ty je sobie dajesz, a towarzyszący tobie nie jest kimś, kto jako ten mądrzejszy, tobie dobrze radzi czy podpiera. Nie, ale jako równy tobie, towarzysząc ci, razem z tobą szuka, domyśla się, co tu i teraz, przez to co się dzieje w tobie i wokół ciebie, mówi do ciebie, nie kto inny, ale Bóg. Tak radzi Ignacy z Loyoli, który wieki temu te rekolekcje wymyślił, ale zanim zaczął polecać je innym, najpierw sam przećwiczył je na własnej skórze. Wynik był chyba nienajgorszy, skoro ta metoda poszukiwania i „odnajdywania Boga we wszystkim” i ponad wszystkim, skutecznie pomaga Boga odnaleźć tam, gdzie się Go wcale nie spodziewali. Po to właśnie jest to chwilowe oddzielenie i milczenie, żeby dopuścić do głosu Boga. Żeby, jeśli zachodzi tego potrzeba, odwrócić kierunek poszukiwań, czyli uwierzyć, że to nie Bóg ma przyjść do ciebie, ale ty do Niego, gdyż On, jako wszechmocny, nie potrafi nie być. To nie On się na ciebie obraża, ale ty na Niego, stąd to nie On ma zmienić swoje nastawienie do ciebie, ale ty do Niego. On zawsze Jest, gdyż takie jest Jego imię. Jest dla Ciebie, bo na tym polega miłość. Tego typu rekolekcje, chwilowe odseparowanie się od codziennych spraw, nie ma na celu oderwania człowieka od spraw z których składa się jego życie, przeciwnie, mają one pomóc jeszcze mocniej w nim się rozgościć. Żyć z Bogiem pod jednym dachem.
 ojciec Wacław Oszajca SJ