Co takiego na początku naszej ery stało się w Betlejem? Nic takiego. Najzwyczajniej w świecie żydowskiemu małżeństwu Josefowi i Miriam urodził się syn, któremu nadano imię Jeszua. Urodził się poza miastem, najpewniej w jakiejś grocie do której na noc zapędzano owce, gdyż wszystkie miejsca noclegowe były już zajęte. Świadkami tych narodzin byli pasterze, co nikogo nie powinno dziwić, ani tym bardzie sentymentalnie rozczulać.
Tyle fakty, chciałoby się powiedzieć, ale zdumiony tym faktem filozof Leszek Kołakowski pyta: Jak to się stało, że Jezus „jest ciągle, po dwóch tysiącach lat, światłem [naszej] cywilizacji (…) jej znakiem rozpoznawczym – nikt mnie nie przekonał, że da się to prosto wytłumaczyć, chociaż znam proponowane tłumaczenia. To, że Jego nauki moralne, obelżywe i niesłychane wyzwanie rzucone światu, zawładnęły tym światem (…) jest niepojęte. To, że ze słabych, pozbawionych ozdób rąk galilejskiego Żyda wyłonił się nowy wszechświat, jest niepojęte (…) Korzeniem tej przemiany – świat chrześcijański zawsze był zgodny w tym punkcie – jest miłość”.
A zatem prawdę o betlejemskiej nocy ludzie zaczęli poznawać w momencie, gdy zaczęli się faktom dokładniej przyglądać, zastanawiać się, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej, szukać przyczyn, przewidywać skutki, zaczęli odróżniać prawdę od fałszu, dobro od zła, brzydotę od piękna i tym samym zaczęli brać na siebie odpowiedzialność właśnie za to, co filozof nazywa miłością. Mówiąc językiem religijnym, chrześcijańskim, ludzie zaczęli fakty kontemplować, medytować nad nimi i opisywać, by podzielić się swoimi odkryciami-objawieniami z innymi. Właśnie takiego podejścia do rzeczywistości uczymy się w teorii i w praktyce na ignacjańskich rekolekcjach. Zanim się jednak w przyszłym roku się spotkamy, życzmy sobie już teraz takiego podejścia na zbliżające się świętowanie Urodzin Jezusa Chrystusa, który jest wszędzie tam, gdzie dzieje się prawdziwość, dobroć i piękność – Miłość. Życzmy sobie, byśmy chcieli odkrywać i odnajdywać Boga „we wszystkim”.
Ojciec Wacław Oszajca SJ
